Trakt Pamirski

Bajkonur i Ałmaty

 

Poranny odprawa czyli kawa, owsianka na śniadanie, kupka w plenerze i pakowanie się do drogi. Zwijamy camping, jest rześko, bezchmurne niebo i wstaje słońce.

Kolejny nudny dzień na stepach Kazachstanu, krajobraz nam się zmienia bardzo szybko. Pustynie, wielbłądy, nawet czasami pojawi się drzewo. Większość to bezkresne puste stepy bez oznak ludzkości, po części przerażające i ciągnące się setki kilometrów. Dla nas to tylko tranzyt co prawda bardzo atrakcyjny ale jadąc czwarty dzień jest to nudne, a nawet męczące i usypiające.  

Ratujemy się kawą i energetykami bo innej rady nie ma, wspaniałem wymysłem technologicznym jest interkom. Gadamy na przemian, czasem ja bardziej czasem Michał to nas ratuje na długich nudnych przelotach. Trzymamy się przepisów to i policja nas nie zatrzymuje co ponoć jest nagminne w Kazachstanie. My żeśmy tego do doświadczyli. Ale jak wspomniałem nasze prędkości nie przekraczały 100 km/h. Kolejny nocleg z przypadku na wysokości Szymkentu stacja i Motel, klasyka o której się nie będę rozpisywał. Na kolacje zjadamy Michałową mielonkę z lepioszką lokalną. I idziemy spać w miarę wcześnie.

Poranna odprawa, kawa z Polski, owsianka itp.

Obieramy kurs na Ałmaty.

Klasycznie droga nudna, długa, ale dobra. Przedmieścia przypominają mi trochę mix Warszawy i Tirany, ale przeżyliśmy. W navi wbity nocleg który udało się ogarnąć noc wcześniej z internetem. Hostel nawet nie drogi, w centrum, przyjazny motocyklistom. Ale nawigacja przegoniła nas po samym centrum Ałmaty, korek, 36 stopni. Mimo że były światła szło płynnie. Wylądowaliśmy w samym centrum. Co prawda pięknie, czystko, ciut nie ameryka. Nie wiem co to był za budynek ale nazwaliśmy go parlament i nie był to nasz nocleg 🙂

Postój na mega wkurwie bo jest gorąco, centrum miasta, korki. Czyli to czego nienawidzę najbardziej, jak przypadło na chłopka mało miasteczkowego 😉

Zaczepiam pierwszego lepszego napotkanego kolesia i razem znajdujemy nasz cen, nasz hostel wcześniej zaplanowany. Wbrew pozorom miasto trudne do przejechania nie jest, trochę się wciskamy. Trochę naginamy przepisy, trochę też ludzie nas puszczają może z litości bo jest 36 stopni, a my opakowani w stroje motocyklowe. 

Ałmaty to piękne miasto, czułem się prawie jak w Chicago, mocno zachodnie, nowe czyste auta. Piękne budynki, kfc, prada, starbucks. Ale widok zaśnieżonych gór i tak bije wszystko na łeb. 

To co uwielbiam, bliskość z naturą. Co prawda dziwny kontrast bo po części wdycham spaliny z Land Cruisera V8, a z drugiej strony mam prawie na wyciągniecie ręki ośnieżone szczyty. 

Pięknie jest, w końcu znajdujemy nasz hostel, czysto, trzeba mieć laczki na zmianę. Pani prowadzi nas do grupowego pokoju, wracam po Michaiła i z bagażami wracamy na górę. 

Będzie śmiesznie, zrzuciliśmy bagaż do pokoju i mówię że towarzystwo się rozbiegnie jak zaczną czuć że ‚bajkersi’ przyjechali 😉

Tak też było, zasadniczo buty musieliśmy zdjąć na zewnątrz ale skarpeta dalej oddawała aromat długiej podróży po stepach oraz zgiełku zatłoczonego centrum pare set kilometrów stopy w bucie motocyklowym nawet skarpeta z kosmicznej technologii nie wytrzyma. 

Ale na szczęści prysznic i szorowanie kopyt poprawia moje i innych domowników nastroje. 

Jak zawsze jedziemy na głodzie ale chłopak z łóżka obok mówi że może nas zaprowadzić do baru i marketu na zakupy. Tak tez napełniamy brzuszki i robimy zakup tego co najważniejsze w podróży. Woda, chleb i lokalny koniak u nas takich rzeczy niema tym bardziej za takie pieniążki i niepowtarzalnym smaku. 

Jak to było w reklamie ‚poezja smaku i aromatu’ 🙂

Korzystając z dobrego internetu trochę zarywamy nockę i poranek zaczynamy późno. Ale w hostelu mamy śniadanie i czas za ogarnięcie z grubsza motocykli. 

Na liście mamy tylko Kanion Szaryński i granica z Kirgistanem nie cale 400 km do zrobienia. W zasadzie dla nas ‚pestka’ po takich długich dziennych przebiegach.

Teoretycznie tak, ale złamaliśmy wszystkie dotychczasowe zasady które mówiły ‚obiad o 14’ i ‚nie jedziemy po zmierzchu’.

Daliśmy dupy na całej linii.

Do granicy Kazachstan- Kirgistan zajechaliśmy na styk czyli 17:50, całe szczęście że nas odprawili. Poznaliśmy kilku Rosjan przed kanionami i zasadniczo na kanionach spotkaliśmy się i mieliśmy jechać na wspólną integrację nad issy-kul tym bardziej że byli z Irkucka i jeden miał polskie korzenie z Wierszyny tak to tam gdzie miałem być w zeszłym roku :/

No mimo wszystko jeden jechał z nami drugi nie zdążył. Pogoda się psuła, droga też była jak ta z trasy Saratow- Ozinki, a robiło się ciemno i przed nami 120km drogi.

Mogę mięć pretensje sam do siebie że byłem na tyle nie odpowiedzialny że nie zarządziłem noclegu wcześniej bez parcia na dotarcie do jeziora bo juz był zmierzch i zasadniczo jechaliśmy 80km prze około 2 godziny. Zrobiło się czarno, roboty na drodze, lokalni zrobili sobie zabawę żeby nam świecić długimi przez cały czas. Głodni, zmęczeni godzina była już 22, byliśmy pośrodku niczego. Po drodze był hotel który nie miał miejsc. Ja byłem już na totalnym wycieczeniu, jakimś cudownym szczęściem udało się, braliśmy co dali, fakt warunki były na pierwszy rzut oka idealne, kolacja pyszna. Ale kibel odstawał od podłogi, w prysznicu wrzątek, deska jakby pogryziona przez psy i jeszcze nasz oszukali na 250som. No trudno. Co nie zmienia faktu że w pokoju byliśmy o 23 padałem na pysk. 8 dni jazdy pobudka 5 rano, jazda cały dzień. Daje to ostro w kość tym bardziej że nasza dieta jest mocno uboga. 

Teraz jesteśmy już na miejscu, nie mam setek kilometrów do pokonania. Zostało napawać nam się widokami i wspólnie dzielić emocje które nam towarzyszą. 

Ostrzegano nas przed jazdą po zmroku, niestety parcie na cel odjęło rozum. Było to niebezpieczne mocno, nie polecam i ostrzegam. Kirgizi mają tendencję do zabawy światłami długimi dalej lub w same oczy. Co w zasadzie oślepia całkowicie. Nie dość że ja sam ślepy jestem to lokalesi sprowadzili mnie na ziemię i dali do zrozumienia że głupi jestem decydując się na dalszą jazdę która łamała naszą główną zasadę. 

Także przestrzegam. Trzymać się wcześniej ustalonych zasad, a nie że ‚damy radę, tylko kawałek’.

Jesteśmy nad Issy Kul, miałem się kąpać, a tu z noclegami ciężko, wszystko pozamykane. Miałem morsom wrzucić foto z delegacji. A deszcz leje, daleko do wody. Klimat nie sprzyja nam u celu. A może to znak że czas odpocząć?!

Zobaczymy jutro! 🙂

Dziękuje bardzo ja od Siebie jak i mój towarzysz Michał, za wsparcie i dobre słowa otuchy. Miło jak ktoś czyta te wypociny 🙂

Pozdrowienia z Kirgistanu.

165

 

189

Zostaw komentarz