Trakt Pamirski

Karakol – Dom

Karakol
wstaliśmy rano jak zwykle, a w zasadzie zaczynam krzątać się pierwszy, szybkie śniadanie, zegnamy się z sąsiadami nie tracąc czasu jedziemy do wioski lokalizować motocyklistów.
Spotykamy naszych chwilę rozmawiamy ustalamy kolejną lokalizację gdzie się spotkamy i z Michałem ruszamy własnym tempem. Nie gonimy, delektujemy się widokami i mamy czas na zdjęcia, filmy i inne głupawki. Dzisiejszy cel to Ak-Bajtal który podziwiałem we wszystkich czytanych i oglądanych relacjach z Tadżykistanu.
Miejsce jest co najmniej magiczne, góry, rzeki, jakieś pozostałości lodu leżące gdzie nie gdzie. Wysokość daje o sobie znać mocno, dynia boli, ciężko się oddycha, ale ja zwykle jak siadam na motocykl mijają mi wszelakie bolenia.
Nudy nie ma bo teren zmienia nam się dynamicznie, piach, tarka, glina, resztki asfaltu i dziury.
Różnorodność terenu jest bogata ale właśnie po to tu przyjechałem, doświadczyć tego na własnej skórze. Przez zęby trochę, ale dla mnie się podoba.
Tutaj tankujemy z nalewaka w sklepie że tak to ujmę wielobranżowym czyli od łopaty, po lepioszki, wodę i paliwo lane kurtuazyjnie z wiadra, ogólnie bardzo fajny klimat. Czuć jest dzicz i folklor, temperatura powoli skoczyła do góry i robi się powoli ciepło. Pojazdy zatankowane do pełna można spokojnie ruszać dalej, eksplorować te nie zbadane przez nas zakątki Azji.
Dzisiaj nocleg znowu planowany jest nad jeziorem. Kierując się na punkt w nawigacji
zjeżdżamy z głównej drogi w góry, jest pięknie, kolorowo, a słowa magicznie mógłbym używać za każdym razem taki już ze mnie romantyk (żartuję).
Ma ten kraj swój klimat. Mimo ze Mongolia tez dała mi wiele emocji to jednak tutaj jest inaczej, większa różnorodność i kontrast otoczenia. Od marsjańskich skał po turkus wody w jeziorze. Pisarz ze mnie żaden żeby oddać słowami obraz który widzę, ale na szczęście są zdjęcia, też może nie górnych lotów ale dające przedsmak tym którzy nie byli i miłe wspomnienie tym którzy widzieli na własne oczy.
Dojeżdżamy na miejsce powoli i ostrożnie na przełaj po polanie do samej plaży, nasza polska ekipa już jest na miejscu i prawie rozbita. Mimo wiatru i chłodu jest nieziemsko prawie jak bezludna wyspa z tym ze w górach. Góry, jezioro i ani żywej duszy dookoła oprócz nas aż ciężko wyrazić emocje, jest pięknie.
Jestem zmęczony, głodny, wkurwiony, wysokość dokucza, ale w środku cieszę się że nie dopadała nas żadna biegunka ani Inne choroby bo reszta jest do przezwyciężenia. Rozbijamy się szybko bo zaczyna zachodzić słonce, a przydałoby się jeszcze zjeść kolacje najlepiej ciepłą. A to też jest procedura- rozstawić kuchenkę, naczynia, zalać wody, przygotować opakowanie z liofilizatem niby nic, ale czas schodzi. Dobrze jest zjeść coś ciepłego zanim usiądziemy w grupie i będziemy degustować nalewki, zapasy przywiezione z Polski które zaczynały się odkręcać samoistnie od wibracji i przepuszczać cenna zawartość mimo zabezpieczenia streczem i taśmą.
Na dużych wysokościach ciężko mi się śpi, mimo zmęczenia, mimo że nie słyszę chrapania Michała z każdym dniem jestem coraz bardziej zajechany. Brak dobrego snu i bóle głowy powoli odbierają mi przyjemność tej wyprawy. Miejscami mam wrażenie że nie chce mi się nawet zsiadać z motocykla żeby fotkę cyknąć. Na szczęście Michał ma więcej werwy i mnie mobilizuje, zahartowany jest w górskich zdobyczach to takie 4000 m n.p.m w namiocie nie robi wrażenia. Cieszy mnie to bardzo dzisiaj jak to piszę, bo sam pewnie bym miał tylko kilka zdjęć do udostępnienia, a tak jest spora kolekcja foto/video.

Spałem średnio jak zwykle, wstaje, nie wiem może o 5, wszyscy jeszcze w namiotach, ja szukam miejsca na poranną toaletę.
Mam całą okolicę tylko dla siebie.
Po chwili wstaje też mój kompan.
Robi śniadanie, ja już nie pamiętam ale chyba nie jadłem bo nie miałem ochoty, a może Michał odstąpił mi połowę swojego dania. Zaczynamy pakować się zanim wyklują się wszyscy z namiotów, bo nie ma co na pusto siedzieć jak jeszcze tyle drogi, widoków i atrakcji przed nami.
Jak co dzień rozpakowywanie i pakowanie, taki już rytuał nie ważne czy to spanie w namiocie czy to pokój, hostel.
Dzień w dzień rutyna, ze spaniem w namiocie plus jest taki że nie trzeba dźwigać prawie całego bagażu na „Piętro”. Ciężkie to wszystko wychodzi jakieś po 15kg po bokach i ze 20kg rolka na górze, warzy dużo bo jest tam szklana butelka koniaku i minimum 2L wody na zapas, jedzenie, kuchnia i inne mniej lub bardziej potrzebne rzeczy. Każdy wyjazd mnie uczy minimalizmu. Doszedłem już po kilku wyjazdach że buty są nie potrzebne. Wystarczą klapki lub kroksy gdyż po całym dniu w długich i ciężkich butach motocyklowych stopy potrzebują oddychać.

Widzę Kowala, idę pogadać, ustalić gdzie grupa jedzie bo my ruszamy przez Korytarz Wachanski i czy może polecić jakąś miejscówkę do spania. Oni tez tam jada także sprawa była jasna że jedziemy w to samo miejsce, co prawda my swoim tempem bez pośpiechu i wariacji tym bardziej że mamy nocleg już zaklepany.
W górach mijamy wojskowy Post. I tu zaczyna się szaleństwo widoków, góry, kręte drogi, w końcu ciepło, ale wietrznie. Tak mi się podoba, że zapominam przecierać kamerę gopro z kurzu i moje wszystkie nagrania niestety nie nadają się do niczego.
Na szczęście, znowu, Michał się spisał i przynajmniej on zadbał o czystość oczka w kamerze i relacje wideo z większości drogi. Tak się przez niego rozleniwiłem że przestałem używać swojej kamery, ale doświadczony już po Mongolii wiem że nie ma sensu kręcić setek gigabajtów materiału. Bo kto to później będzie przeglądał i obrabiał.

Jest niesamowicie, szutrowo, pustynnie miejscami z przebłyskami zieleni i rzeka daleko w dole, mocno rwąca.
Trochę to wygląda przerażająco ale skupienie na drodze nie pozwala za często patrzeć w dol.
Dzisiaj sprzed komputera jak oglądam zdjęcia nie wydaje się to tak strasznie ale będąc tam, podczas jazdy skupienie było na 120% nadgarstki i plecy czułem jeszcze długo po powrocie do domu.
Teren przeważnie był wyboisty co w miarę nowego motocykla i zawieszenia powinno niwelować te niedogodności niestety czuć mocno, zaczynam tęsknić za asfaltem. Im dalej w głąb korytarza jedziemy się w dół brzegiem rzeki gdzie po drugiej stronie wody widać zabudowania i posesje Afganistanu. Miejscami pięknie zadbane, kolorowe, zielone, skąpane w promieniach słońca.
Przed wyjazdem naczytałem się nowinek, że strzelają do turystów z drugiej strony rzeki z Afganistanu, nie zatrzymywać się, nie robić zdjęć, a najlepiej nie patrzeć w ogóle w tamtą stronę.
Podróż planowałem długo, ale nie wiedziałem co mnie czeka, strach był realny, te wszystkie dziwnie i niebezpieczne opowieści dają do myślenia.
Na miejscu okazały się to totalne bzdury i raczej opowieści osób które nie wystawiły nosa za monitora komputera, a co dopiero być w Tadżykistanie. Trzeba tu być doświadczyć, ale może co niektórzy lubią dodać dramatyzmu do swoich fantazyjnych opowieści.

Dzisiaj w luksusach, bez namiotu, śpimy w Hanisguesthouse! W Eshkashem przepych i burżuazja bo będzie prysznic, w końcu po 3 dniach jazdy, ciepła woda, chłodne piwo i spanie w łóżku, a co najważniejsze można przeprać bieliznę. Jest dobrze.

Prysznic, pranie, ogarnięcie bagażu i idziemy w miasto na zakupy z chłopakami. Jest sklep, zaopatrzony idealnie, w piwko, koniak, coś do jedzenia i jeszcze czego tylko dusza zapragnie. Z tego wszystkiego prawie zapominamy kupić wodę do picia na dzisiaj i jutrzejszą drogę. Fajne małe miasteczko, ludzie machają, a dziewczyny z jakiegoś pobliskiego zabudowania pogwizdują na widok niezłych byczków, z Polski. Jest śmiesznie.
Oczywiście nikt dziewczyn nie podrywa bo krąży plotka że jeśli będziesz spółkował z kobietą w tych rejonach to musisz ją poślubić, jeśli nie z własnej woli, to jej bracia na pewno Ci w tym pomogą. Znowu jest śmiesznie bo po kilku ciężkich dniach jazdy jest to ostatnia rzecz o której myślisz.
Jest fajna ekipa i to najważniejsze na takich wyjazdach, Ludzie tworzą klimat.
Leżymy na ichniejszych leżankach nie wiem jak to się nazywa ale służy do odpoczynku i do jedzenia, pijemy koniak, rozmawiamy o wszystkim i o niczym. Czekając na ciepłą kolacje w błogim relaksie. Czego więcej chcieć dnia dzisiejszego. Przy okazji planujemy z Michałem następny dzień od jutra kierujemy się w stronę Duszanbe. Przy okazji korzystając z doświadczenia Kowali podpytujemy co jeszcze zobaczyć, którędy najlepiej jechać? Strasznie to wygodne, ale też odbiera nam dzikości w podróży bo mamy prawie wszystko ogarnięte.
Gdzie jechać, mamy czas który chcemy wykorzystać na 100%.
Ja z tyłu głowy cały czas mam smaka na dolinę Bartang. Ponoć piękna, dzika, a może i nawet nie przejezdna, ale jadąc tam znowu wrócimy w okolice Karakul i będziemy robić koło przez Pamir Highway. Nie lubię się zawracać.
Dobra na dzisiaj zostawiamy to, zobaczymy co nam jutro pokaże dzień.
Ustalamy w razie co, gdzie polska ekipa ma nocleg i zadecydujemy po drodze co robimy dalej oraz jaki obierzemy kierunek. Nie ma co się spinać, mamy czas, mamy możliwości, niech droga weryfikuje, tak najlepiej.
Eshkashem
Rano znowu zwijamy się jako jedni z pierwszych, za mocno się nie zegnamy bo kto wie czy nie spotkamy się na kolacji. Ale życzymy sobie szczęśliwej drogi, pakujemy bety i „na koń”.
O poranku jest bardzo ciepło zatem czuję w kościach że dzień zapowiada się wesoło. Szutry, piach, upał i cały dzień jazdy wróżyć może tylko przygodę i zmęczenie. Czas na nas.

Powtórzę się ale jest pięknie jedziemy wzdłuż rwącej rzeki przez interkomy rozmawiamy sobie że jeden błąd, wpadasz i po tobie. Prąd jest tak silny ze człowiek z motocyklem nie ma szans to przetrwać, droga jak zwykle nie jest bez niespodzianek. Wyrypa totalna, naleciałości asfaltu, miejscami piach kopny, a z innej strony usypane świeżo kamienie. Spotkaliśmy dzień wcześniej ekipie Rosjan ostrzegali nas, że Ukrainiec wjechał w te kamienie za szybko i złamał obojczyk podczas wywrotki. No nie fajnie, myślę sobie, tutaj w tych warunkach się połamać.
Leczonym być przez lokalnego szamana. No bo skąd tu szpital !?
Nie dzięki, nasze skupienie podnosi się do 150%. Miejscami lapie się na tym ze za kurczowo trzymam kierownice co odbija się na moich nadgarstkach i łokciach, plecy bolą bardziej, w pierwszym lepszym kopnym piachu którego jest raptem ze 200m zaliczam glebę, co prawda nie groźną, ale kontakt z podłożem już mnie totalnie dekoncentruje i osłabia.
Africa jest ciężka sama w sobie do tego obładowana, sam nie podniosę, jest mi gorąco, zmęczony jestem, na szczęście leci Michał z pomocą.
Droga nie jest lekka, do tego jeszcze zmęczenie z kilku poprzednich niedospanych nocy daje o sobie znać coraz bardziej.

Chorog.
W Chorog ruch jest duży, jest już gorąco w mieście czuć to bardziej, w najbliższym sklepie uzupełniamy camelbagi w świeżą wodę i jedziemy szukać banku bo kończy się gotówka, a do Duszanbe to raczej już nigdzie nie wymienimy ojro, ani nie wypłacimy z bankomatu.
To daje dodatkowo w dupę, kręcimy się po zatłoczonej ulicy jak muchy w smole, ostatecznie staje i pytam ludzi gdzie jest bank bo już nie mam siły. Jest bank w bocznej uliczce za jakieś 500m, zostawiam motocykl z Michałem i idę na piechotę, jestem już cały spocony, wali ode mnie na kilometr. Co prawda prysznic brałem ale ciuchy motocyklowe pranie nie były, a już trochę przejechały.
Wchodzę do banku, a tam niewielka kolejka, na kasach siedzą nawet ładne panie, trochę robi mi się głupio bo umorusany i lekko śmierdzący stoję w kolejce.
Ale ma to swoje plusy bo jakaś sympatyczna pani puszcza mnie pierwszego hehe
Pewnie to te moje feromony unoszące się w powietrzu powodują że panie są aż onieśmielone (żarcik)
Mam gotówkę, może ruszać dalej, dzisiaj kawał drogi przed nami, a lekko nie jest, w miedzy czasie we wiosce mijamy, motocykle to nasi. Zatrzymujemy się pogadać, a chłopaki zajechali na jedzenie, to i my zjemy korzystając z okazji. Zamawiamy to co jest, bo zasadniczo menu bardzo ubogie jest tylko kebab i salad, brzmi nieźle pomyślałem. No niestety po krótkim czasie okazało się, że to co pod pierzynką cebulki wyglądało całkiem nieźle okazało się z psem przemielonym z budą, podle tak że cofało mi się natychmiastowo. Było to jakieś mięso w kawałkach, raczej skóra i kości z kawałkami mięsa gotowane w wodzie. Pierwszy raz miałem odruch wymiotny przy jedzeniu, bardzo osobliwe uczucie i wiedziałem że tego dania już nie dokończę, ale wiedziałem też że to ostatni posiłek na dzisiejszej drodze, dopchałem lapioszką kawałek cofającego się mięska i podziękowałem za posiłek.
Chyba było to najpodlejsze jedzenie jakie jadłem kiedykolwiek. Bez smaku, bez wyrazu pomimo tego że na tym wyjedzie zrobiłem się mało wybredny.
Kulinarna ekscytacja i zamiłowanie do baraniny opadło, a w końcu to chyba jest kraj słynący z jedzenia baranów. Tym razem mi się nie udało, nie była to 5 gwizdkowa restauracja, mogłem się z tym liczyć. Takie tam osobliwe doświadczenie którym musiałem się podzielić.
Robiło się już lekko późnawo i przyszedł czas na męską decyzje w lewo czy w prawo. Duszanbe czy Bartang. Po krótkim marudzeniu jednogłośnie stwierdziliśmy ze ‘pass’, jesteśmy wyrypani zdrowo, olewamy Bartang, może innym razem, może kiedyś, na celowniku był jeszcze który trzeba było zdobyć Pik Lenina.
Ruszyliśmy zatem w stronę ustalonego noclegu, droga nie była lekka z reszta od początku nie była, ale z zapadającym zachodem słońca było coraz gorzej z samopoczuciem. Dzisiaj chyba był najtrudniejszy dzień, może najdłuższy z całego wyjazdu. A przed nami znowu jakiś posterunek, znowu tracimy czas, no trudno takie uroki. Jedziemy na spokojnie gdzie się da to przyciskamy mocniej ale mało jest takich miejsc gdyż asfalt albo dziurawy albo droga jest kamienista, do tego mijające na tiry którym trzeba było ustąpić miejsca.
Kurz, płacz i zgrzytanie zębów. Żartuję oczywiście, nikt nie płakał.
Wczesnym wieczorkiem dojeżdżamy do pola namiotowego ekipy Kowali. Super miejsce otoczone górami, pięknie na rozbicie na miotu, mimo ze zmęczony to jednak jeszcze jest siła na zachwyt okolicznościami przyrody.
Klasyka z rozładunkiem, ale pada hasło „zimne piwo”
Taak!
Ja chcę, trzy najlepiej tylko zimne.
Dzięki uprzejmości Remo i PKS’a rozbijamy spokojnie namioty, a chłopaki przyjeżdżają z zapasem zimnego złotego trunku, po długim dniu męczarni był to miód na moje podniebienie.
Wciągam butelkę piwa na 2 łyki, ależ pić się chciało. Teraz można grzać wodę na liofilizaty.

Dzisiaj ważny dzień, półmetek, Pamir, Tadżykistan, jem polski Bigos od LYO, danie na specjalne okazje.
Siedzimy jeszcze z chłopakami, słuchamy muzyki, rozprawiamy o pierdołach, po prostu pełen relax i spokój po długim dniu, a wieczór nam sprzyja jest rześki i przyjemny.
Na polu ktoś krzyknął idziemy sprawdzić co się stało, skorpion! Dostał butem.
Po wnikliwszych oględzinach okazało się ze to jednak duży jak dłoń pająk, ale faktycznie brzydki i wyglądający na groźnego.
To był dobry moment żeby zwinąć się do namiotu. Dobrej nocy.
Rano wstaję, sprawdzam czy gdzieś robali, węży i skorpionów nie ma, ale jest czysto. Okazuje się że Bodzio z ekipy Kowala zostawił kurtkę w nocy na motocyklu i rano wytrzepał takiego bydlaka z kurtki, masakra!
Ja na szczęście ciuchy trzymam w namiocie, cały mój majątek przy sobie.
Dobra. Pakujemy się, Serdzio ma duży zaparzacz do kawy, idealnie, załapiemy się na zajebistą kawę z ekspresu. Do tego wołają nas na śniadanie. Na talerzach marzenie, jaka sadzone i parowki. Miodzio, prawie jak w domu. Prawie jak u Jurka w Zambrowie. Wciągam to szybko, do tego pyszna kawa, stawia na nogi gdyż nie siedzieliśmy wieczorem przy herbacie. W końcu dzisiaj jedziemy do miasta, zrobi się zakupy, weźmie się pieniążki. No i zaplanowany jest nocleg w hotelu w centrum Duszanbe.
Ruszamy pierwsi z obozowiska, wiem gdzie jechać, navi pokazuje jak jechać. Idealnie.
Jedziemy do Duszanbe przez Kulab, dłuższa droga ale finalnie ma być szybciej i wygodniej.
Z krętej kurzącej się szutrowy wjeżdżamy w końcu na asfalt, płynie się, co prawda miejscami zwinięty ale większość drogi się płynie, jest gorąco i to bardzo. Ukojeniem jest wodospad spadający prosto na drogę. Fajnie niecodzienne doznanie zatrzymać się na chwilę pod spadający strumień wody. Droga jest dobra, równa jak stół tego mi było trzeba po tygodniu szutru, góry zostawiamy trochę za nami i przebijamy się przez bardziej zaludnione miasteczka.
Bliżej Duszanbe masakra!
To co dzieje się na drodze jest nieprawdopodobne, nie widziałem takich rzeczy nawet w internecie, wyprzedzają się jak wariaci po trzech na raz, miejscami jedziemy poboczem żeby nikt nas nie zdjął, miejscami mrugają nam i trąbią żebyśmy zjeżdżali zdrogi, kurde chcę z powrotem na bezludne szutry. Już wiem teraz dlaczego wolę odludne miejsca. Dzicz totalna na drodze, Bentleya wyprzedza opel astra, za nimi Mercedes beczka szykuje się do wyprzedzania Opla. Tak prawie do samego Duszanbe. Do tego coś w rodzaju mgły, dymu coś dziwnego co ograniczało widoczność na drodze. Przed Duszanbe pasy są oddzielone, po lewej korek, trąbią na siebie, ścisk i wrzawa, nasz pas prawie pusty. Co tu się dzieje, weekend ?
Dla nas na plus, nie musimy się ściskać, nikt nas nie rozjedzie. Do hotelu dojeżdżamy po współrzędnych z telefonu, stoi BMW, to jeden z Naszych, jest dobrze. Bierzemy pokój, parkujemy z tylu i klasycznie tobołki na górę. Ogarniamy się elegancko, prysznic, pranko, czekamy na resztę ludzi bo dzisiaj miała być integracja. Okazało się że ekipa rozdzieliła bo nawigacje wskazywały różne położenia i spali w innych hotelach, no trudno.
W hotelowej restauracji zamawiamy cos do zjedzenia, kontaktuje się z Wojtkiem, kolega zapoznany na Forum Africa Twin, mieszka i pracuje w Duszanbe. Fajnie spotkać Polaka do tego motocyklistę na drugim końcu świata(no tak trochę).
Zabiera nas do lokalnych knajpek, rozmawiamy o życiu na obczyźnie i zwyczajach panujących tutaj.
Tłumaczy nam ze ten ruch na drodze spowodowany był zakończeniem Ramazanu, czyli kończył się post i każdy wyjeżdżał z miasta w końcu poużywać. To zasadniczo by wszystko tłumaczyło, do tego ta mgła to pyłowa, piaskowa burza kolejne bardzo osobliwe doznanie przynajmniej w moim przypadku. Zostajemy tu dwa dni na regeneracje, mam ogromna potrzebę pochodzić, nogi rozprostować, żeby trochę Tylek odpoczął. Nazajutrz ruszamy w miasto zrobić zakupy, coś do jedzenia, baterie, uzupełnić zapas koniaku na czarną godzinę oraz nabyć pamiątki. Przy okazji zwiedzić przynajmniej częściowo Duszanbe, wieczorem jesteśmy wszyscy umówieni na wspólną kolacje wraz z Wojtkiem.
Fajnie miejsce, fajnie spędzony czas do tego jedzenie wyśmienite. Cześć osób po kolacji się rozjechała po hotelach my z chłopakami idziemy jeszcze obejrzeć mecz wyświetlany obok na telebimie na świeżym powietrzu, ja nie jestem fanem sportu ale było fajnie.
Pora ruszyć tyłki z łóżek dzisiaj leniwie bo mamy tylko 200-250km do przejechania asfaltem także mozolnie się pakujemy i jedziemy nad jezioro IskanderKul, jak mawiali lokalesi Aleksander Wielki.
Na miejscu jesteśmy bardzo szybko to w sumie dobrze, rozbijamy namioty i ogarniamy śniadanio-obiad. Jesteśmy na polu namiotowym nad samym jeziorem, widok jest niesamowity, jak ze zdjęć które oglądałem zanim powstał projekt Trakt Pamirski. Jest miejsce na ognisko, są ławeczki, idealnie. Lokalni Tadżycy dotrzymują nam towarzystwa i częstują wódka, na początku odmawiam, no ale finalnie żeby nie urazić ostatecznie próbuję gdyż tłumaczą że jest najlepsza w Tadżykistanie z zapojki rezygnuje bo jest to śmietana z woda gazowana i solą. Paw gwarantowany.
Śmiesznie jest bo chłopaki już trochę wypici i przynoszą kolejne butelki wódki, a nam piwo w butelkach z nalewaka „żywe”. Pomimo że już mają dobrze wypite to jest miło, rozmawiamy sobie trochę jak u was, jak u nas najśmieszniejsze że jeden jest też księgowym w banku w Duszanbe. Także mamy wspólny temat hehe
Podoba mi się ten brak agresji w ludziach po alkoholu, podoba mi się ta otwartość i chęć bratania się.
Kolejne magiczne miejsce, nie dziwię się że Kirgistan i Tadżykistan jest jednym z głównych celi podróżujących motocyklistów z całego świat. Siedząc w domu, czytając relacje innych wszędzie pojawiał się Pamir, co oni tu widzą, czego tam wszyscy jeżdżą. Dzisiaj już wiem, że musisz tu być, zobaczyć to na własne oczy, bo takiego drugiego miejsca na ziemi nie ma. Szef ośrodka za kilka dolarów załatwił nam drewna na ognisko, mamy wszystko co potrzeba, wieczorem chłopaki organizują jakieś parowki na ognisko, jest impreza na świeżym powietrzu.
Następnego dnia żegnamy się już ostatecznie ze wszystkimi, ruszamy w swoja stronę, kierunek podobny ale my w planie mamy OSH, a raczej pik Lenina ale jak okoliczności pozwolą to spotkamy się na wspólne oglądanie meczu reprezentacji Polski. Trochę smutnawo ale nie przyjechaliśmy tu z grupą, a swoje cele też mamy do zrealizowania.
Jedzie się dobrze, na granicy idzie powoli bo wypełniają papiery od strony Isfary po przekroczeniu błądzimy trochę jadąc na znaki, ale weryfikuje szybko i z szutru wracamy na asfalt, lecimy do Osh, niestety zapada zmrok i szukamy noclegu, słabo nam to idzie ale jest jakaś miejscowość Kyzyłkyja tutaj pierwszego lepszego kolesia pytam o hotel, mówi żeby jechać za nim i prowadzi nas na jakieś zadupia. Duzy elegancji poradziecki hotel o wymownej nazwie ASIA, znowu problem nie mamy kasy, dolarów nie chcą. I co teraz. Fuck.
Dobra grzebiemy po kieszeniach, Michał wygrzebuje zaskórniaki i udaje się dozbierać potrzebną kwotę na nocleg. Dzisiaj wystarczy, a jutro szukamy kantoru czy banku koniecznie. Pokój jak pokój, łóżko jest, kibel jest, prysznic jest, nic nam więcej nie trzeba. Motocykle za hotelem w zamkniętej bramie. Wystarczy to co jest aby się przespać bo o 7 już nas tu nie będzie przecież.
Na wariata, ale udało się dobrze trafić. Znaczy dobrze jest kogoś lokalnego zapytać bo sami to na pewno byśmy tu nie trafili. Żarcie, herbatka i w spanie, dzisiaj trzeba odpocząć bo na rano plan jest ambitny.
Budzik na 5 rano czy na 6 już nie pamiętam, zanim się spakowaliśmy trochę minęło,
zanim ogarnęliśmy pieniążki też, ale czas operacyjny jest dobry, droga jest dobra chociaż miejscami asfalt zwinęli bywa. Na jednym z remontów dróg daje za mało gazu na wysokim poboczu, leżę, nosz w mordę, fikołek był na tyle widowiskowy że podbiega do mnie kilku robotników drogowych i lokalesów, pomagają mi podnieść motocykl heh trochę zdezorientowany jestem, ktoś wyjmuje fajki, pyta czy zapale, no dobra w sumie trochę odsapnę bo adrenalina skoczyła do Michała mówię przez interkom ze muszę chwile odetchnąć. Chwilę z nimi coś tam gadamy „od kuda, do kuda” klasyka. Ale jest bardzo sympatycznie. Uwielbiam wschód. Trochę mnie to wybiło z tropu ale dziękuję im za pomoc i jedziemy dalej.
Damy radę i dajemy, mijamy Osh, w Sary Tash robimy zakupy i jedziemy pod Pik Lenina, a konkretnie na ługową polane, Michał tu już kiedyś był jak wchodził na szczyt dzisiaj tu jest motocyklem, aż mu się łezka w oku kręci. Trochę błądzimy, trochę robimy zdjęcia, trochę świrujemy z nagraniami reżyserowanymi. Jest zajebiście. Tuż u celu.
Jedziemy już w kierunku polany, czy tez campingu dla wspinaczy i jest problem, śnieg, rwące potoki.
Pierwsze potoki pokonujemy ale następne są za wartkie i za głębokie na przejazdy, a jest nas tylko dwóch nie damy rady sami, znaczy można próbować ale ryzyko jest zajebiste, a jesteśmy zmęczeni, głodni i robi się późno.
Narada, za i przeciw, czy warto?
Decydujemy się na odwrót i zostajemy na wschodniej części polany, jedziemy w górę trochę za pomnik poległych.
Udało się, dojechaliśmy przed zmierzchem, nad nami jakieś osuwisko, ale chyba dalej nie ruszy żeby nas zmyło. Ciemne chmury zaczęły krążyć, deszcz, grad, dobrze ze miałem plandekę pod namiot to zapewniło nam trochę schronienia i możliwość celebracji godnego zdobycia szczytu haha no dobra polany.
Poranek był najlepszy jaki do tej pory mogłem oglądać, słońce i ośnieżone szczyty gór skąpane w słońcu, kawa smakowała jak nigdy, było wysoko i zimno ale chłonąłem ten widok jak gąbka wodę. Niesamowite. Amazing!
Wyreżyserowaliśmy trochę filmików, trochę zdjęć i wyszły chmury to był znak żeby opuścić lokalizacje. Powrót był szybki bo czułem się pewnie na drodze, na tyle szybki ze dałem się złapać na radar, zdzierca jeden chciał tyle kasy ze nawet nie miał takiej gotówki przy sobie a chciał mi zabrać prawo jazdy pokazują te które zabrał wcześniej innym, po długich negocjacjach udało się wytargować już nawet dobrze nie pamiętam ale chyba 62$ których większą część musiałem pożyczyć od Michała. Dalą część drogi jechałem jak zbity pies z podkulonym ogonem i przepisowo. Zajechaliśmy do Osh hotel ten sam co poprzednio OshNuru, ogarnęliśmy się i na obiad do TsarskiiDvor tu znowu o mnie zapomnieli nie dość, że siedziałem godzinę głodny to jeszcze było niesmaczne ehh… co za dzien. Dzisiaj grali nasi, w hotelu we dwóch stworzyliśmy Polska strefę kibica hehe było śmiesznie, porażka totalna. Ale smuteczek może nie z przegranej polskiej reprezentacji tylko z faktu ze już na powrocie do domu, ja już czuje w kościach że zaraz dojedziemy i nasza wspaniała beztroska przygoda dobiega końca. Czas spać, rano wczesna pobudka.
Po wyjściu z torbami pod hotelem spotkaliśmy ekipę motocyklistów ze Ścieżki Koczownika „путькочевника” chwilę pogadaliśmy, była nawet jedna Africa Twin, fajni ludzie robią co roku rajd dookoła ‘stanów’ motocykliści z Kazachstanu, Kirgistanu, Uzbekistanu, Tadżykistanu i Rosji też.
Po drodze mijaliśmy ich jeszcze kilka razy. Mieliśmy się spotkać z naszymi na mecz ale się nie udało bo plany się zmieniły, więc dzisiaj mieli być nad jeziorem Toktogul. No Trudno my już musieliśmy zostać, dojechała grupa ” путькочевника” i zaczęła się integracja, mój rosyjski średnich lotów ale gadaliśmy cały wieczór. Umówiliśmy się że kawałek do Biszkeku podjedziemy z nimi.
Rano pod hotel przyjechała policja na sygnałach, no pięknie myślę sobie, to już pozamiatane.
Ale nie, oni przyjechali nas wszystkich eskortować i tak do samego Biszkeku, fajnie, bez ograniczeń prędkości, ale w dużej grupie jak dla nas było za tłoczno, co chwila przerwa papierosa czy siku. W pewnym momencie zostawiliśmy paradę i pojechaliśmy sami swoim tempem.
Dogonili nas pod Biszkekiem z polecenia chłopaków znaliśmy nocleg w Biszkeku, bar, sklep i hostel motocyklowy. Fajna miejscówka prężnie się rozwijająca. Dostaliśmy zaproszenie na zlot motocyklowy nad Issykul w Czołoponata, chęci były straszne, ale zamiast stracić 2 dni i wstać z mega kacem podjęliśmy decyzje że zostaniemy 2 dni w Kazachstanie na odpoczynek. Trochę żałowałem bo nawiązałbym nowe kontakty ale nie można mieć wszystkiego. Najlepszy był jednak już nie pamiętam imienia ale kolega Polak mieszkający w Biszkeku który się ożeniła z Kirgizką jest przyjacielem klubu motocyklowego i przyszedł do nas pogadać. Na nasze nieszczęście byliśmy już tak zmęczeni że nie trwało to długo, ale może jeszcze kiedyś będzie okazja razem spędzić cały wieczór na pogaduchach.
Kolejny dzień to już cel granica i Kazachstan, ale udaję się zlokalizować Kowali i kilka osób z grupy, jedziemy się pożegnać i na granice dawaj.
Najgorsze w tym wszystkim jest to że mieliśmy następnego dnia plan dojechać do Bałchasza, co z dniem granicznym było ambitnym planem, mocno ambitnym. Droga klasycznie nudna, nawijamy setki kilometrów, jest miejscami dziurawa, miejscami też tragiczna, nie da się przycisnąć mocniej.
Zrobiło się późno od godziny czy dwóch szukaliśmy noclegu, słabo z rozbiciem namiotu, a noclegowni tez nie było żadnych w okolicy, no dobra była przy drodze jedna knajpa z tym że pokój to klitka bez kibla i wody to pojechaliśmy dalej. W końcu zjeżdżamy z głównej drogi w Prioziorsk. Miasteczko jakby mocno turystyczne bo ludzi spacerujących sporo. Z noclegiem nie było problemu. Schludny pensjonat Гостиница PRIO z parkingiem zamykanym i bezpiecznym, naprzeciwko kilka kafejek, wręcz idealnie. Do tego po kilku dniach jedzenia z torebki, tutaj przepych. Knajp nazywała się Traktir, ludzi pełno, jedzenie pyszne, dużo, świeżo do tego nieziemskie wino ehh.. poezja to była prawdziwa uczta.
Następnego dnia- cel Astana- być w Kazachstanie i nie widzieć stolicy to profanacja tym bardziej że ma być mocno luksusowa. Zatem jedziemy, klasyka 6 budzik po 7 już na koniach. Jedziemy sobie i po paru kilometrach zatrzymuje się po drugiej stronie radiowóz na kogutach. Oczywiście jedziemy dalej ale było to bardzo dziwne. Zajeżdżamy zatankować na stacji i po chwili podjeżdża radiowóz „dlaczego się nie zatrzymaliśmy na wezwanie”
mówię mu „ja nie znaju”, dobra!
Pokazał że jak zatankujemy to podjechać do radiowozu. Czuje już podstęp bo dopiero co wyjechaliśmy, jest rano za rano na patrole, a my jedziemy przepisowo. Od początku wyjazdu w Kazachstanie jedziemy przepisowo, ostrzegano nas ze tu się nie pierdolą z przekroczeniem prędkości i szkoda czasu na kłótnie z nimi. Zatem na 100% wiem ze było ok. ale podchodzę pierwszy, wsiadam oczywiście papiery no i śpiewka jak poprzednio, że za szybko, że był znak, że zabiera prawo jazdy albo mandat i to taki z górnej półki. Ja mówię ze pa ruski nie mnogo bla bla, że znaku nie było że jechaliśmy przepisowo że nie będzie żadnego mandatu.
Twardo płacić mandat karze,
wyciągam portfel mam tam kilkaset tenge na jedno tankowanie i mu pokazuję i mówię po polsku że to są moje ostatnie pieniądze żeby wyjechać z Kazachstanu i mu nie dam.
On jednak był twardy i mówi że zabiera prawko,
to ja mówię a zabieraj sobie ja pieniędzy nie mam,
to on mówi do mnie to jak pojedziesz?
W miedzy czasie podnosząc tyłek i waląc bąka. Taki bezwstydnik.
ja już taki zrezygnowany mówię mu że i tak pojadę, bo muszę
po swojemu coś marudził ale papierów nie oddał
mnie wygonił i zawołał Michała, a że ten cwaniak kupił sobie portfel z milionem przegródek i miał kasę gdzie schowana to milicjant wyczul temat, kazał przy nim otwierać wszystkie
i takim cudem zainkasował 1000 rubli co zasadniczo załatwiło sprawę i nas puścili.
Słabe to było, ale niestety, taki tam jest klimat. A mój Rosyjski jest tak slaby ze nie dałem rady się kłócić.
Ten incydent już totalnie otworzył nam oczy na znaki, teraz była przepisowa jazda non stop. Kazachstan jak to Kazachstan, długi, nudny, stepy, jakieś skromne wioski, miejscami lepione z gliny czy z czego tam się lepi te chatki. Traktujemy go tranzytowo czyli nie podziwiamy nie oglądamy tylko rura do Astany.
Ale Astana.
to jest dopiero przepych i bogactwo.
Po prostu pięknie, czysto, nowocześnie.
Prawie autobus mnie rozjechał tak się pogubiłem będąc w mieście, a nie na stepie czy szutrach.
Mieliśmy zaklepany wcześniej nocleg od kolesia z lokalnego klubu motocyklowego w Hostel Forum, bardzo ekskluzywnie, czysto, aż dziwnie trochę było jak takie brudasy przyszły i smrodu narobiły skarpetami. Łazienki, kuchnia, łóżka, po prostu luksus do tego zamykany parking podziemny. Mocno polecam.
Musieliśmy koniecznie zostać tu jeszcze jeden dzień. Zwiedzić co się da i na ile siły pozwolą, rozprostować nogi, warto było bo byliśmy prawie w każdym miejscu, pogoda też nam dopisała. Oczywiście musieliśmy zajść na wyżerkę w fajne miejsce, a była to Zapravka. I jak sama nazwa wskazuje zatankowaliśmy się na tyle że łaziliśmy cały dzień po Astanie. Fajne miejsce, weszliśmy na Bajterka, później poszliśmy na piwo do parku i tak się spodobaliśmy lokalnej ekipie TV że zrobili z nami wywiad. Do dzisiaj nie dostałem obiecanego linka do programu ale przynajmniej mamy zdjęcie z prezenterką.
taki souvenir hehe
Reszta drogi to już totalny tranzyt, azymut dom. Nic tu się nie dzieje, miast nie zwiedzamy. Po drodze spotkaliśmy Polaków, gdzieś w korku się pogubiliśmy. Mamy się spotkać na noc w umówionym miejscu ale nie zlokalizowaliśmy takiego miejsca więc nocleg w sprawdzonym zajeździe dla tirowców w Ufa, spałem tam już 3 raz, zawsze zadowolony, żarcie i piwko na miejscu. Do tego za parę rubli ochroniarz pod budką pilnuje zaparkowanych motocykli. Tyle żeby się umyć, przespać i jechać dalej jest idealnie. Teraz już robimy kilometry od rana do wieczora, dużo kilometrów nie ma miejsca na namioty, chęci tez nie.
Zubcow w hotelu BoverliHill kolejny szybki nocleg, według zasady jedziemy do 18 później szukamy albo bierzemy co się trafi i tym razem tez nie było najgorzej, nieopodal sklep gdzie zrobiliśmy zaopatrzenie na kolacje oraz piwko z nalewaka to tego spory jego wybór i serki wędzone warkoczyki. Full opcja.
Reszta drogi to szybki przelot do granicy z Łotwą. Nie lubię, nie podobało mi się. Po stronie rosyjskiej kultura, a po Europejskiej ?!
Chamstwo totalne, staliśmy w kolejce, w ulewie, a jak podszedłem pogadać do budki czy możemy pod szlaban podjechać oczywiście nie było problemu ze strony pogranicznika, tylko kierowcy zaczęli się bulwersować i ten nas wywalił znowu na sam koniec. Do tego później problem bo dokumenty zmokły. Oczywiście z Michałem zjebaliśmy kolesia ze jak nam karzecie stać na deszczu to i dokumenty mokre, tragedia. Pierwszy raz mi się zdarzyło. Zawsze nas sami wołali na początek kolejki. Kierowcy puszczali nas niezależnie czy to Kazachstan, Kirgistan czy Rosja. A tu wjeżdżasz do UE i smuteczek. Resztę tej drogi przez Łotwę jechaliśmy w deszczu dopiero na Litwie przestało padać ale tez się ochłodziło. Tutaj już na znaki szukaliśmy jakiegoś campingu żeby się rozbić z namiotem. Całkiem fajne miejsce kawałek od drogi trafiło się przypadkiem, do tego cały domek dla siebie co w zasadzie nam było bez różnicy, udało mi się nawet utargować 5$ w sumie wyszło chyba jakieś 45$ trochę szok ale przyzwyczajenie do cen wschodnio-azjatyckich jest silniejsze.
Także Europa weszła szybko i mocno, nie lubię.
Kolejny dzień to już Polska, nie chciało mi się bardzo, szkoda kończyć tak piękną wyprawę, o matko co za ból szarej codzienności mnie dopadł.
Zajechaliśmy z Michałem na śniadanie, ja nawet apetytu nie maiłem, ble.
Fajnie wrócić do domu, do rodziny, ale było mi mało, za wcześnie.
Jeszcze by gdzieś pojechał, jeszcze mam kilka dni zapasu.
Ale mamy zasady, jedziemy razem i wracamy razem.
Bez znaczenia w jakich nastrojach. To jest podstawą każdego wyjazdu.
Dbamy o siebie, pilnujemy siebie i wspieramy.
Takim o to miłym akcentem pożegnaliśmy się na przystanku autobusowym w Suwałkach i rozjechaliśmy się, każdy w swoją część polski.

Zostaw komentarz