Balaton, Krk, Słowenia, Włochy

Słowenia- miała być, a wyszło inaczej :)

Po długich namysłach padła decyzja wyjazdu na Słowenię w sumie tylko na 12 dni ale to wystarczająco dużo czasu żebyśmy odwiedzili wszystkie miejsca które są na mojej mapie głównych atrakcji turystycznych oraz ze dwa lub trzy dni wolne na relaks i odpoczynek po długich kilometrach szczególnie na dojazdach.
Słowenia, piękna, górzysta, to co lubię czyli kontakt z naturą. Omijamy jakieś większe miasta bo to nie był nasz cel. Wolę połazić po górach, jaskiniach czy popływać kajakiem po błękitnych rzekach niż przeciskać się wśród ludzi. Nie lubię ludzi hehe.
Sobota, po południu Edzia kończy pracę, pakujemy motocykle i w drogę, pogoda nam sprzyja, nie za ciepło, nie za zimno. Jedziemy autostradą także w miarę czas i kilometry lecą szybko.
Niestety około 19 już robi się ciemno i znajdujemy pierwszy lepszy nocleg, hotel.
Szału nie ma, tapeta sama roluje się ze ścian, deska sedesowa leży na parapecie ale zależy nam tylko na przespaniu się bo i tak o 6 pobudka.
Jak zostało zaplanowane tak powoli było realizowane, Polska, Czechy, pogoda wspaniała, sporo motocyklistów, jedzie się super.

W Mikulovie byliśmy tu w zeszłym roku. Piękne miejsce, robimy tutaj przystanek na tankowanie, spotykamy Polaków jedni wracają inni jadą w tym samym kierunku co my. Ci wracający ze Słowenii niestety nie mają dobrych wieści, okazuje się że pada do Wiednia, a w zasadzie jak dla nas to od Wiednia aż po wybrzeże Słowenii. Nie fajnie bo w Czechach piękne słoneczko i ciepło, patrzymy na siebie i kombinujemy może zostać, przeczekać przez noc. Niee.

No trudno, pogoda nam nie straszna, odpowiedni ubiór jest, także jedziemy dalej. Faktycznie przed Wiedniem deszcz, w samym już Wiedniu ulewa,  jakiś wypadek, korek, na szczęście jest tu coś takiego jak korytarz bezpieczeństwa i sprawnie jedziemy do przodu nie stojąc w korku.
Kolejne kilometry, kolejne godziny mijają powoli, szaro, mokro, słabo się jedzie. Miała być winiarnia, namiocik, degustacje jako pierwszy punkt Słowenii ale niestety w tych warunkach odpuszczamy, mieliśmy odbić w bok z autostrady na lokalne drogi ale szkoda czasu, pogoda pokrzyżowała plany i jedziemy główną trasą do Maribor.Edzia szybko na Bookingu wyszykuje coś w rozsądnym pieniążku tylko tyle aby wziąć prysznic i się przespać .
Jest hostel-hotel w samym centrum, jak zwykle trzeba graty na piętro ciągać, a lekkie to wszystko nie jest, mimo  że i tak część zostaje na motocyklu. No nie ma co marudzić, taki już żywot podróżnika.
Załatwiamy co trzeba i idziemy na zwiedzanie, poszukiwanie prowiantu. Wszystko pozamykane poza kilkoma kafejkami, nawet sklep spożywczy zamknięty, a przecież nie zrobiliśmy zakupów na kolację i śniadanie.
No nic jedna kafejka, druga, a tam tylko kawa i rogaliki.
Odpalam Google mapsy i widzę pizzerie „Ancora” za rogiem, nazwa lokalu w moim stylu, podoba mi się. Idziemy tam!

Samo wejście do lokalu już robi wrażenie, sporo ludzi wychodzi, ale i sporo siedzi w środku, znak że dobre żarcie. Idziemy na pięterko a tam wielki, gliniany piec i już wiem że jesteśmy w domu. Pizza z pieca opalanego drewnem, do tego lokalne wino z beczki wręcz idealnie,lepiej nie mogliśmy trafić.
Pizza wyśmienita, cienka, krucha, wino trochę mniej zachwycało, wytrawne ciężkie ale popróbować trzeba lokalnych specjałów. Zamawiamy dwie tak żeby jeszcze nam na śniadanie wystarczyło do kawy i to była bardzo dobra decyzja. Faktycznie rano nie była już tak powalająca ale lepiej się jedzie z pełnym brzuszkiem… i znów zanosi się na deszcz.  Prognoza pogody mówi że jedyne słońce jest nad morzem reszta kraju w deszczu, mamy ten kierunek w zanadrzu ale ja koniecznie chcę jechać na Bled, deszcz nie ma znaczenia, jest to tylko kawałek drogi, po prostu chcę to zobaczyć i późnej możemy jechać gdziekolwiek.

Ok.Ustalone, jedziemy na Bled a potem do Triest już we Włoszech, ma być ciepło i pięknie. Położone malownicze miasteczko, bardzo się podoba.
W stronę Bled pada, z chwilowymi przejaśnieniami, nad samym jeziorem też słabo, siąpi cały czas. Robimy rundkę motocyklem wzdłuż jeziora, cykam fotkę nie zsiadając nawet  i spadamy stąd.

Szkoda że pada, widocznie to nie był nasz czas na zwiedzanie Słowenii,odpuszczamy, może za rok się uda. Nie pali się i tak dwa lata czekałem żeby się tu wybrać, daleko nie jest zawsze można powtórzyć ten wyjazd.

Po Bled robimy drobne zakupy, jakieś jedzonko w między czasie i jedziemy do Triest, im bliżej morza niebo widać że w oddali jest jaśniejsze ale my cały czas jedziemy w deszczu. Najlepsze czekało na nas jak zwykle na koniec , ściana deszczu i grad który kończy się zaraz za granicą Włoch.

We Włoszech jest pięknie, gorąco, ludzie jeżdżący w klapkach. A my ? Opakowani jak na wojnę.
Już mi się podoba tu, po kilku dniach deszczu chcę słońca. Droga do Triest jest niesamowita, kręta, wąska, w dole widać zatokę i domki, robimy kółeczko po miasteczku i szukamy stacji żeby zatankować, napić się kawy i szukać noclegu.
Co w sumie nie jest trudne, podjeżdżam pod dystrybutor, chwytam za pistolet, koleś mówi że nie, że on musi zatankować. No myślę sobie spoko, ok, jaka kulturka, hee.
Tak tylko dopiero po fakcie okazało się że tankowanie przez kolesia jest droższe, a dystrybutory do samodzielnego tankowania są obok. Ot taka ciekawostka mnie spotkała .20 euro centów drożej na litrze które i tak jest zabójcze cenowo, czuję się jak nosacz którego niosą na noszach, a do skąpych nie należę.

Dobra zatankowani, teraz kawa, szybki rekonesans, co dalej ?
Wenecja jest nie daleko. Nie?! Bez sensu.
A może ? No w sumie.

Edzia wykonuje rodzinne telefony, co gdzie i jak, 30 min później jedziemy do Mestre kawałek od Wenecji, gdzie mamy zaklepany camping. Zajeżdżamy wieczorem dlatego bierzemy 2 noce, dzisiaj już nic nie robimy poza praniem i relaksem ale jutro idziemy zwiedzać, Wenecja jest jakieś 10min jazdy autobusem, a przystanek mamy za rogiem campingu. Super!
Zmęczeni ale szczęśliwi, w końcu ciepło, no i coś się dzieje zupełnie nie zaplanowanego.
https://goo.gl/maps/xiPrwu8Sv1G2

Od dzisiaj nie planujemy dalej niż dzisiaj bo w zasadzie już nie ma sensu teraz jedziemy tam gdzie jest słońce.
Niby zmęczeni ale był to pierwszy dzień bez pobudki nazajutrz o 6 rano, także raczyliśmy się Słoweńskim winkiem i kanapeczkami z prosciutto, fajnie było, cieplutko, spokojnie.

Rano, prawie rano bo chyba około 9 czy 10 leniwie zbieramy się z łóżek. Dzisiaj nie gonimy, bez pośpiechu mamy cały dzień, ale czuć że posiedzieliśmy sobie długo wieczorem.

Jemy włoskie śniadanie, sok, rogalik, kawa i jogurt, jest moc hehe
Jajek na bekonie nie było.
Mniejsza o to w domu się ujadłem jajek. Może być i skromny rogalik.
Kilometr dalej mamy Lidla, idziemy zrobić zakupy i w sumie powiem że szok, wypasiony jest nieźle, znaczy jeśli chodzi o włoskie specjały. I to nie takie paczkowane jak u nas z włoskiego tygodnia.
Po prostu raj, sery, wędliny, oliwki, wino wszystko tradycyjne. Dla mnie to coś nowego.

Po zakupach wcinamy wszystkie te smakołyki z bagietką resztę na drogę i idziemy na autobus bilet 3 euro w obie strony od osoby.
Super sprawa, chwila i jesteś na miejscu, bez korków i szukania miejsca do zaparkowania.
Wenecję atakujemy bez planu, po prostu przed siebie, co fajnie nam wychodzi bo jest bardzo mało ludzi w wąskich uliczkach. Lubię się gubić w takich miejscach, bardzo klimatycznie. Dopiero po jakimś czasie znajdujemy szlak turystyczny.
I tu moje wielkie rozczarowanie bo chciałem zobaczyć słynna bibliotekę z filmu Indiana Jones: ostatni krucjata, a tam jest zupełnie coś innego, co prawda kościół, ale nie biblioteka, jeden z moich ulubionych filmów z dzieciństwa- tuman nie doczytałem sobie wcześniej, ale przecież się tam nie wybierałem hmm.
No trudno, za to skorzystaliśmy z wystawy Leonardo Da Vinci, też było ciekawie, można było na żywo pokręcić łożyskami i po przeciągać liny w blokach. Takie tam duperelki ale wymyślone kupę lat temu i to robi wrażenie.

Water To Go 😉

 

Bierzemy rejs gondolą, pierwszy lepszy, turystów nie widać, super.
Wrażenia jak z filmu, co prawda płacimy za dwójkę 80euro za półgodzinny rejs, taki czas wystarczy, więcej bym chyba nie zniósł, fajne widoki ale nudno. Kierownik gondoli przy okazji opowiedział nam co nie co, o tym co widzimy po bokach. Ładnie dziękujemy po rejsie i wysiadamy tak żeby się nie obalić haha.


Idziemy dalej w stronę placu św. Marka i tu już się zaczyna zagęszczać, dużo ludzi, haa nawet jest kolejka do gondoli w innym miejscu, ale stoi chyba ze 30 osób, a my na luzaku bez czekania, przepychanek żeśmy się przepłynęli, wspaniale. Na placu widać że się dzieje, ludzi dużo, różnych narodowości. Wzdłuż nabrzeża jeszcze więcej, szok. Słoneczko świeci bez opamiętania, na niebie nawet jednej chmurki nie ma. Idealna pogoda na zwiedzanie Wenecji, a ja już czuję że moje trampki przestają być wygodne. Przyjemność z chodzenia zamienia się w męczarnie, to już jest znak, czas na odwrót.

Jak zwykle, tak wracamy że dochodzimy pod Arsenał w Wenecji, czyli zupełnie w drugą stronę.
Odpalam kompas w zegarku i teraz nie ma żartów, bo maps.me trochę się gubi w pieszych wędrówkach albo ja tego nie ogarniam hehe.
Są tłumy ludzi czyli idziemy dobrze, żelazna zasada, jak nie wiesz gdzie iść to idź za tłumem, hehe potwierdziła się.

Idziemy dobrze, w stronę dworca przy okazji zahaczamy o lokalny sklepik lokalnych mieszkańców. Bierzemy świeżo krojone prosciutto z dużego kawałka mięsa i parmezan.
Nie dość że tańsze niż paczkowane to zupełnie inny smak niż to co z opakowania, ser też smakuje inaczej, bardziej kruchy jest, delikatniejszy. Nowe fajne doznania smakowe, to w podróżach lubię, lokalne smaki, które można spotkać u nas, ale to tylko namiastka tego prawdziwego.

Z racji tego że mamy autobus co 15min idziemy na prawdziwą włoską pizze, knajpa nad samym kanałem, mostek, światła, po prostu magia. Jak na filmach. Taki ze mnie romantyk haha
Trochę inny styl podróżowania niż dotychczas uprawiałem, stepy, góry, pustynie, dzicz i odludzie, ale to też ma swój klimat. Chociaż mimo wszystko, nie wiem dlaczego ale wschód jest bliższy memu sercu.

Wieczorem wracamy z Wenecji, nie ukrywam że jest gdzie łazić i pogubić  więc relaksujemy się na zewnątrz naszego apartamentu ;).Wracają nasi sąsiedzi i to do tego Polacy. Wiadomo co się dzieje jak się Polacy spotykają, integrujemy się, włoski ser, oliwki, wino oraz podlaski Duch Puszczy, najlepszy bo kawowy. Trochę sobie żeśmy porozmawiali ale komuś obok zaczęły przeszkadzać nasze pogaduchy i mało kulturalnie czyli krzykiem zaczął nas uciszać, tak też tym nie miłym akcentem zakończyliśmy wspólny, miły wieczór.

Rano… rano było trochę ciężko, no ale co zrobisz, jest plan do wykonania i po ‘chodzonym’ pobycie w Wenecji celem była Verona i j. Garda. Tak grzało że jednak zrezygnowaliśmy z Verony i czym prędzej szukamy campingu, wybór jest dość spory ale te ceny to po prostu kosmos. Przyzwyczaiłem się do cen wschodu, rozbijania się na dziko i bezpłatnych szybkich dróg. No ale cóż Europa nie Rosja, euro a nie ruble, po 30min szukania mamy dość, jest gorąco, trochę zmęczeni. Zajeżdżamy na pierwszy lepszy przy drodze z dala od miasta, campingi są świetnie położone i wyposażone w czyste toalety, prysznice, sklepy, a nawet basen może jest tak wszędzie? Nie wiem, dla mnie to jednak przepych i luksusy.

Pożyczony stoliczek spod wiaty 😉

 

Zostajemy tu i to na dwie noce żeby też pojeździć po górach, nawet mam jedną zaplanowaną trasę od roku zaznaczoną.Robię tak jak znajdę jakieś ciekawe miejsce i zaznaczam gwiazdeczką na google maps kto wie może kiedyś się przyda. Pogoda wyraźnie nam sprzyja, ja się chowam w cieniu jak mogę, nie jestem fanem opalania. Nazajutrz szyba decyzja, lenimy się, nie jedziemy w góry.
Piękny dzień jest, po tylu kilometrach leżymy plackiem i degustujemy wino zakupione po stronie Słoweńskiej. Lenimy się  trochę na plaży, trochę w jeziorze, trochę na basenie. Ładujemy baterie bo (jeszcze tego nie wiemy) pogoda trochę się zmieni. W nocy zerwała się burza, nie podmyło namiotu ale lał taki deszcz że wszystko na wysokość 50 cm było w błocie, bagaże w przedsionku oraz motocykle, namiot lekko zaczął puszczać wodę od góry i to chyba była jego ostatnia podróż. Po tylu krajach i przebiegu na motocyklu służył na godną emeryturę na mazurach do zabawy dla dzieci.

Kolejny poranek, zwykle w takiej sytuacji po śniadaniu, suszymy co się da i spadamy dalej w stronę słońca najbliższe jest  na wyspie Krk, przynajmniej pogoda na telefonie tak wskazywała.
Znowu jedziemy w deszczu prawie cały dzień, dopiero po stronie Chorwacji zaczynają lekko rozchodzić się chmury. Dojazd był długi i nudny, widoków zero bo jak nie deszcz to mgła w górach.


Czym prędzej trzeba ogarnąć nocleg. Jeździmy po campingach szukając swojego miejsca, niestety mimo że wrzesień to obłożenie jest spore. Po kilku próbach decydujemy się na booking.com, jesteśmy zmęczeni, objechaliśmy już pół wyspy. Dopiero w Baśce znajdujemy nocleg i to blisko morza, wręcz idealnie, pokój taki żeby tylko wziąć prysznic i sie przespać i więcej nam nie trzeba. Tego dnia dużo nie korzystamy z pogody bo zbliża się wieczór, to też ogarniamy zakupy na kolację i śniadanie i wiadomo, lokalne winko. Robimy sobie nocny spacer po okolicy, dla odmiany żeby trochę pochodzić i rozruszać kości i spać.

Następnego dnia przypominam sobie o mokrym namiocie, tropik wieszam na szafę, resztę rozkładam na skrawku podłogi, najlepsze  rozwiązanie to nie jest, ale lepsze niż żadne. Żeby nie gnić na plaży zaznaczam punkty w navi które trzeba odwiedzić na wyspie, a w zasadzie objechać wyspę dookoła i ten plan był na prawdę dobry. Zlokalizowaliśmy fajną winiarnie  oraz dwie plaże z dala od turystów (nie dla golasów)  😉
https://goo.gl/maps/ESH1khk2vBm
Tutaj nawet zdecydowaliśmy się wykąpać i coś przegryźć, bardzo sympatyczne miejsce i nie skasowali nas za wjazd na parking.
https://goo.gl/maps/fKPir4begDB2

Po kilku godzinach wracamy do noclegowni i spadamy moczyć się na plaży, teraz po takim dniu mogę spokojnie poleżeć. Jest fajnie, nie za gorąco, woda przyjemna.Obok nas jest grupa Słowaków troszkę się integrujemy i chyba około godziny 20 rozchodzimy się każdy w swoją stronę, jutro musimy zwinąć się do 10 rano, a do tego chcemy dojechać nad Balaton.

Mimo że umawiamy się ze Słowakami na koncert Beatlesów (jakaś grupa gra w ich hotelu) niestety odlatujemy bo w sumie jak się położyłem to mi się odechciało iść (chyba się starzeje haha).

Może to i dobrze bo trzeba by było znowu dzień zostać, odpocząć ;).

A tak pakujemy toboły na moto i lecimy. Wbijamy na autostradę ale tak na prawdę to sam nie wiem którędy jedziemy, wyznaczam punkt i ufam garminowy, czasami pochopnie ale zawsze do celu.

Po kliku godzinach jazdy, no dobra może po całym dniu bo od 10 do chyba 18 nam zeszło z dojechaniem do campingu który wcześniej wynalazłem na internetach. Miejsca jest w opór, wręcz pusto, po drodze wzdłuż Balatonu domy wyglądają jak opuszczone. Tutaj ewidentnie widać koniec sezonu, ale to też chyba wina klimatu chociaż woda w jeziorze była w sam raz. Szybko rozstawiam domek, ogarniamy się z grubsza i kolacja. Dzisiaj serwuję przysmaki z torebki czyli liofilizaty, ale na ciepło hehe.

Edzia bierze mój bigos na specjalne okazje (jeszcze ten z Tadżyku) i po otwarciu lekkie rozczarowanie, wszystko się spyliło i powstał wiór, ale mówię nie ważne bo smak jest wyśmienity. Po zalaniu i odczekaniu 10min, pierwszy kęs i wielkie rozczarowanie jej nie smakował tak jak mi w Mongolii w górach czy też w Pamirze. No nie wiem, albo ona jest jakaś dziwna albo wyjątkowe miejsca dodają smaku każdej potrawie. Ja swoje danie Meksykańkie zjadam ze smakiem, a ona marnuje mojego ‘bidżisa’, nie chce jeść, nie smakuje jej, dramat! Widocznie nie głodna :P.

 

Idziemy po kolacji na zachód słońca, jest fajnie lekko wietrznie, klimat stanowczo chłodniejszy niż we Włoszech czy Chorwacji ale dalej przyjemny dla oka widok, po drugiej stronie jeziora mienią się światła nawet całkiem romantycznie jest. Jak zwykle spotykamy parę Polaków spędzamy razem trochę czasu i do spania.

Przebiłem gdzieś materac także kolejna noc będzie spana na ziemi, ale najważniejsze że nie pada. Rano budzi słońce, noc była chłodna, namiot od wewnątrz nachuchany, krople wiszą od wewnętrznej strony tropiku, na zewnątrz lepiej nie jest wszystko pokryte rosą. Kawy zostało nam na jeden kubek, do drugiego zalewamy zieloną herbatkę i idziemy na poranną kąpiel w jeziorze może to postawi na nogi zamiast kawy.

Jest cudownie, lekko chłodne, wręcz idealne na poranne przebudzenie, ciężko wyjść z takiej wody ale musimy się zmywać bo dzisiaj kolejny ambitny dzień. Zanim się zapakujemy mija trochę czasu, wyjeżdżamy troszkę późno jak na dojazd do Polski. Najdalszy punkt do którego jesteśmy w stanie dojechać to okolica Rzeszowa, dalej nie damy rady, nie ma sensu jechać w nocy tym bardziej że tego bardzo nie lubię. Przy okazji szukam w myślach czy mamy kogoś znajomego w Rzeszowie, może by polecił jakiś sprawdzony nocleg żeby po omacku nie szukać oraz nie był to jakiś Hilton.
Od razu na myśl przyszli mi Kowale czyli www.podrozemotocyklowe.com , jak to dobrze poznać ludzi w podróży. Jedna wiadomość i już wiemy gdzie mamy jechać, dostaliśmy zaproszenie,  punkt obrany do 18:00 powinniśmy być już na miejscu. Znowu dzień nudnej autostrady i koszmarna Słowacja z lokalnymi wioskami :/.

Jeszcze na Węgrzech na autostradzie do Miskolca mijamy naszych znajomych z Łomży, szkoda że nie było na dane przywitać się i pogadać, strasznie to fajne uczucie daleko od domu spotkać ziomków na motocyklach. Tym bardziej że zaczynaliśmy podróż z dwóch różnych kierunków  europy.
No nic szybka Lewa w górę na autostradzie i dalej ognia.

Kawa, energetyk, kawa, energetyk i jesteśmy w Polsce, późno troszkę ale ominąłem jeden zjazd na Budapeszt i mamy w plecy jakieś 30-40 min, także dolatujemy do Łańcuta po 19, jest już ciemno navi jak zwykle, na koniec dnia, jak już jestem zmęczony jak ‘wisienka na torcie’ prowadzi nas przez jakieś działki i pola, lekki offroad na koniec, dobrze że Kowal po nas wyjeżdża bo pewnie byśmy krążyli, a punkt docelowy był 100 m przed nami. W każdym bądź razie czkała na nas kolacja, ciepłe ognisko i zimne piwko. Idealnie po długim dniu w siodle. Bardzo dziękujemy za gościnę i wspaniałe towarzystwo.

Ostatni dzień podróży, śniadanie, kawa, szybkie pogaduchy i zbieramy się energicznie bo dłuuuga droga przed nami jeszcze. W stronę domu asfalt ciągnie się jak flaki z olejem, ponuro, wieje, liście spadają z drzew. Do domu dojeżdżamy około 17 w miarę dobry czas, ważne że nie padało. Dobrze być na swoich ‘śmieciach’ ale w głowie praca i obowiązki, a w sercu kolejne kilometry i nowe miejsca. Jakoś trzeba przetrwać, sezon się nie kończy. A może by tak dla odmiany zamiast po świecie latać to Podlasie objechać bezdrożami?! Hmmm…
Jak zwykle głowa pomysłów pełna, serce rwie, a portfel mówi STOP hehe.

Zdjęć dużo nie mamy bo było więcej jeżdżenia niż pstrykania fotek, a ze mnie taki fotograf że hej.
Walczę z tym, nawet zacząłem lustrzankę wozić, a to już wyzwanie.
Fajnie było, wesoło było, kompan jak i w życiu tak i w podróży spisał mi się idealnie, nawet jest duża szansa że znowu gdzieś razem pojedziemy. Najważniejsze że znowu wrócili cali, a podróż przebiegła bezpiecznie.

Mniej więcej tak wyglądała nasza trasa z tym że nam wyszło 3900km 🙂

Zostaw komentarz